Tagi

, , , , , , ,


4 luty 2012, a tak w zasadzie to już 5 luty, bo jest dokładnie 3:32 i mam jakieś 28 minut na to, żeby napisać tego posta. Dlaczego? Ponieważ dokładnie o 4:00 kończy się impreza, na której mam bezwzględną nieprzyjemność pracować (nie licząc oczywistych korzyści finansowych). Napiszę już na wstępie, żeby nie trzeba było się zastanawiać, jest to Bal Karnawałowy ‚Brazylijskie Show’ zorganizowane dla jednej z czołowych firm zajmujących się farbami i tego typu gadżetami. Piszę o tak abstrakcyjnej godzinie, ponieważ ogarnia mnie właśnie okrutna frustracja spowodowana tym, czego świadkiem jestem dzisiaj. Pewnie zresztą przesadzam, w każdym razie nie zdziwiłbym się bardzo gdyby tak było ponieważ:
a) już dawno nie widzieliśmy słońca, co znacząco wpływa na nastroje,
b) mróz obecny w całej Polsce też w niczym nie pomaga,
c) czyli a + b = już nie można doczekać się wiosny (przynajmniej ja tak czuję, pomimo tego, że prawdziwą zimę mamy zaledwie miesiąc),
d) to pole pozostawiam Wam drodzy czytelnicy, każdy ma ‚jakieś swoje’,

No dobra, do brzegu zatem.
Co różniło owe ‚Brazylijskie Show’ od każdej innej imprezy? Dekoracje było mniej więcej ‚nic’, kapela która grała do tańca, grała klasyczne polskie biesiadne przeboje takie jak ‚Biely jerozy’ itp. (a do samej kapeli wrócę na pewno odrobinę później, bo to temat na całą książkę), Konferansjer opowiadał sprośne i zarazem prostackie (dostosowane do widowni) dowcipy, które nie miały miejsca chociażby w Rio. Elementem, który zaważył o całym temacie imprezy, był zespół ‚Brazilian coś tam’ (usłyszałem od kogoś, że byli w ‚mam talent’ – tak jakby to było wyznacznikiem czegokolwiek), który w swoim ok 30 minutowym programie, zaprezentowali niemalże bezmyślne walenie po bębnach, byle szybciej i bardziej ‚pod włos’ + taniec kilku tancerek i jednego tancerza podobno w klimatach samby – nie znam się, więc ciężko mi powiedzieć. Już na po samej próbie tej grupy miałem serdecznie dość dnia przez spowodowany przez nich hałas. Jak zacytować mogę jednego z muzyków, ‚U nas to musi być głośno! Jak my zaczniemy to już robimy masakrę.’ – było i jedno i drugie.

Jest 6:30 nad ranem. Właśnie wróciłem do domu i powiem szczerze, że nie za bardzo czuję się… wcale. Dodatkowo mój kochany samochodzik tym razem zawiódł i nie odpalił – w końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Jak się trochę prześpię, to napiszę o tym wszystkim jeszcze raz, być może będzie odrobinę jaśniej i bardziej zrozumiale. Tylko parę godzin snu….
Na czym skończyłem? No tak. Może delikatnie koloryzuje swój opis, celowo zresztą, co mi tam. Został więc jeszcze opis kapeli, która rzępoliła na swoich instrumentach. I muszę przyznać, że mam wielki kłopot z jakimkolwiek opisem. Ponieważ bardzo ciężko opisać to ogólne wrażenie, składające się z malutkich szczegółów, które drażniły ucho, oko, lub ogólne poczucie dobrego smaku. Wszystko ocierało się o bardzo hardcore’owa wiejską potańcówkę lub sceny rodem z filmu ‚Wesele’ (żeby nie było- wersja ‚Biały Miś’ Tymona, jest tak groteskowa, że aż miła dla ucha).
I wprawdzie widziałem sporo gorsze kapele, to jednak uważam, że ludzie powinni uważniej wydawać pieniądze, dział socjalny tej firmy zdecydowanie się nie postarał.
Jakby tego było mało na samiuśki koniec, Pan Konferansjer obwieścił, że w przyszłym roku, firma będzie bawić się na balu pt. Bal Sołtysa. Stolik zarządu był zachwycony. Ciekawe skąd oni czerpią inspiracje?
W tej chwili, moje uszy koi Muddy Waters i Johhny Lee Hooker, powoli dochodzę do siebie. Przeczytałem też właśnie TEN ARTYKUŁ i dochodzę do wniosku, że jednak w tym moim szaleństwie nie jestem sam. Bo chociaż może dotyczy innej kategorii zabawy, to jednak w 100 % się z nim zgadzam. Nie chodzi mi o to, żeby ludziom nie dawać formy rozrywki jaką lubią. Każdemu wolno bawić się jak chce, pod warunkiem, że nie krzywdzi kogoś innego. Szkoda tylko, że poziom tej rozrywki z przeciągiem lat nie wzrasta, lecz maleje. Bo moim zdaniem muzyka powinna inspirować do czegoś więcej niż tylko upić, gibać, przybić gwoździa i w końcu kiedyś wytrzeźwieć.